Ulubieńcy

O tym, jak bardzo chciałam, by styczeń się skończył!

Powinnam napisać o ulubieńcach, o rzeczach przyjemnych i radosnych, ale wyjątkowo mocno się cieszę że styczeń już za nami. Na koniec lutego też czekam. I tak wybitnie w tym miesiącu marudzę, że sama siebie nie poznaję…. Ale coraz cześciej świeci słońce…i na niebie i w sercu – szukam więc pozytywów.

Styczeń dał nam popalić i to ostro! Tyle się pozmieniało, że nie wiem od czego zacząć… Ale spokojnie! Przyjemności też były 🙂 Od nich więc zacznijmy trzymając się zasady szukania dobra we wszystkim, co nas otacza.

 

Styczeń i przyjemności!

  • niewątpliwie największą było rozpoczęcie budowy naszego domu. To moment wielki i przełomowy, moment o którym jeszcze kiedyś myślałam „bo jak kiedyś będziemy mieli dom”, a teraz myślę „bo jak już za rok będziemy mieli dom”… i nadal w to nie wierzę! Może się to komuś wydać głupie, ale jak pojechałam na budowę pierwszy raz po wylaniu fundamentów, to poczułam ogromne wzruszenie. Poczułam, że mam wpływ na marzenia i wiem, jak je spełniać. Teraz tylko byle wytrwać do końca – bez rozwodu i rozlewu krwi 🙂
  • przyjaciele! Tak przyjaciele pokazali nam w styczniu, że są wartością, której nie da się opisać słowami. Są i tyle. I trzeba to doceniać, pielęgnować i pamiętać, że wszystko działa w dwie strony.
  • wyróżnienie w rankingu Jasona Hunta! To wyróżnienie znaczyło dla mnie ogromnie dużo – było podsumowaniem czterech lat ciężkiej pracy. Kiedy 4 lata temu zaczynałam pisać reakcje były różne – były pytania: „kiedy pójdziesz do pracy”, „co Ty tam robisz w tym Internecie”. Nie każdy traktował to poważnie. Ja się nie poddawałam! Mój mąż mnie obserwował i przecierał oczy ze zdumienia, że coś potrafiłam się tak wkręcić. Pisałam nocami, od bladego świtu. Wymyślałam, kreowałam. Szykowałam dla Was niespodzianki, produkty, nowe zestawy w #mumslifeshop. Pracowałam nad kampanią #mamczasdlasiebie i nad #mumslifeplanner. Czytałam, chodziłam na szkolenia, jeździłam na konferencje blogerskie. I wreszcie ktoś to zauważył! Pojawienie się w tym rankingu było dla mnie dowodem na to, że nie zmarnowałam tych lat. Jest też furtką, nowymi możliwościami, bo to co teraz dzieje się w mojej skrzynce mailowej przechodzi ludzkie pojęcie! Nie zawiodę Was – ten rok będzie hitem 🙂
  • cudowny czas w Regeneracja miejskie spa – w styczniu byłam w SPA 2 razy, na dwóch zupełnie różnych zabiegach. Pierwszy z nich to japoński lifting twarzy,  który łączy w sobie techniki tradycyjnego masażu japońskiego, akupresury oraz drenażu limfatycznego. Efekt porównywany jest do terapii chirurgicznej – owal twarzy się poprawił, a skóra jest wspaniale napięta. Efekt chyba naprawdę był widoczny, bo po zabiegu mój mąż szyderca zapytał czy możemy spać w jednym łóżku, czy ma zapytać o zgodę moich rodziców 🙂 Buzia faktycznie wyglądała lepiej, a czułam się maksymalnie zrelaksowana – tradycyjnie już zasnęłam w trakcie zabiegu! Kolejna wizyta w Regeneracji to opieka nad całym ciałem… i umysłem! Byłam na rytuale tybetańskim. Relaks totalny przez 75 minut! Wyostrzone wszystkie zmysły, bo nie wiesz co za chwile się wydarzy. Zapach naturalnych olejków, dźwięki, wibracje mis tybetańskich, gorące ręczniki – był tego cały wachlarz.
    Coraz bardziej doceniam takie momenty, kiedy udaje mi się wyłączyć głowę na dłuższą chwilę – nie myśleć, nie planować, nie analizować… macie takie momenty?

 

 

  • pyszności od Cud i Miód! W minionym miesiącu gotowanie było ostatnią rzeczą, o której myślałam. Totalnie zmieniliśmy nasze życie, bo wróciłam na zawodowe tory, więc organizacja zajmowała nam sporo czasu. Musiałam przestawić swój tryb – z pisania po nocach i wstawania o 7 przeszłam na wstawanie o 5 i chodzenie spać o 22. Po całym dniu zasypiałam jak dziecko. Serio nie miałam czasu i ochoty myśleć o zakupach i planowaniu dań na kolejne dni. Dieta pudełkowa była wybawieniem! Przy tak małej ilości czasu jaka nam zostawała na życie nie musieliśmy go tracić w sklepowych kolejkach. Zaczęliśmy też wydawać mniej. Oszczędzaliśmy czas i energię – również tę elektryczną. Ale najważniejsze jest to, że zaczęliśmy bardzo zdrowo i wartościowo jeść. Mój mąż ma dietę sportową – trenuje i je tak, by jego organizm się regenerował. Ja mam dietę standard. I wiecie co jest najlepsze? Że przez miesiąc schudłam 5 kg, nie robiąc w tym celu absolutnie nic – zaczęłam regularnie i dobrze jeść. Zmieniłam nawyki, do tego piłam dużo wody i tyle. Kolejnym atutem jest to, że nie brakuje mi w jadłospisie żadnego rodzaju kuchni – były azjatyckie makarony, polskie zupy, zdrowe słodycze, owocowe koktajle. Była też czekolada! 🙂

 

Mniej przyjemności?

  • choroby, choroby, choroby… jedna się kończyła, kolejna zaczynała. Kolejna się kończyła i następna zaczynała. Trwamy w tym do teraz (a jest połowa lutego!), natomiast widzę już chyba światełko w tunelu. Katary się kończą, chociaż przeczołgało nas to doświadczenie nieziemsko! Pomysły i siły się nam kończyły – no bo jak pomóc dziecku, jak wytłumaczyć w pracy że znowu musisz mieć dzień wolny i jak nie mieć wyrzutów sumienia? Te ostatnie mnie bardzo niszczyły… Czułam, że moje miejsce jest przy dziewczynkach. Że powinnam siedzieć przy nich, głaskać po głowach, przytulać, opiekować się, gotować rosół w ilościach restauracyjnych i sprawiać by czuły się lepiej. Zamiast tego kombinowałam jak im zapewnić opiekę, wykorzystywałam dziadków na potęgę i szukałam niani. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że dziadków dziewczynki mają najlepszych na świecie, a dodatkowo znalazłam wspaniałą nianię – ciepłą, wesołą i bardzo mądrą. Jednak mój organizm również powiedział „opamiętaj się kobieto!”. Zaczęło się bólem gardła, a w efekcie na kilka dni straciłam głos i walczyłam z gorączką i koszmarnym bólem gardła. To było dla mnie coś nowego, bo nie pamietam kiedy ostatnio byłam chora. Wyjścia są dwa – albo była to reakcja mojego organizmu na połączenie stresu, zmęczenia i patogenów, albo nasz dom był już takim siedliskiem chorób, że nawet ja się nie uchowałam. Stawiam na jedno i drugie, bo babcię również dopadło – a ona raczej z tych niezniszczalnych 🙂 Trzymajcie za nas kciuki, żebyśmy wypędzili z domu to chorobowe zło!

 

 

To tyle w styczniu.

….. i wiecie co? Jak sobie to rozpisałam/ podsumowałam to patrzę na całość z zupełnie innej perspektywy. Widzę więcej dobra niż zła. Widzę pozytywy. Widzę nadzieję na wiosnę w sercu. Czasem chyba trzeba sobie samemu podsumować co się ma. I tego mi brakowało! Bo w efekcie ten koszmarny, chorobowy styczeń nie był wcale taki koszmarny – sporo było w nim dobrych rzeczy. Wniosek? Więcej wdzięczności i optymizmu! Tak, to było jedno z moich tegorocznych postanowień, w które przez chwilę zwątpiłam, ale nabieram wiary i motywacji.

Tak, jestem wdzięczna za moje życie. Za styczeń również, bo sporo mnie nauczył.

Chcesz wcześniej wiedzieć o nowych postach? Zapisz się do newslettera.

You Might Also Like

Odpowiedz

7 + 1 =

Regulamin sklepu | Polityka prywatności (RODO) | Cookies