Macierzyństwo

Trzy najgorsze czy najlepsze miesiące?

12 listopada 2017

 

Mówi się, że pierwsze trzy miesiące dziecka to „czwarty trymestr” ciąży. W tym okresie dziecko potrzebuje takich warunków jakie miało w brzuchu mamy. Jedni mawiają, że to najgorszy okres, bo kolki, bo potrzeba ssania, bo nieznajomość maluszka itd. Inni mówią, że to najlepszy czas, bo maluch sporo śpi 🙂 Jak było u nas?

Neli kończy niedługo 5 miesięcy i każdy miesiąc, a właściwie każdy tydzień sporo różni się od poprzedniego. Trudno mi ocenić, czy na początku było łatwiej czy trudniej – było na pewno inaczej, ale cały czas jest fajnie! 🙂 Ktoś mi kiedyś powiedział, ze kolejne dzieci wychowują się same – to lekkie nadużycie obietnic, ale jakieś ziarno prawdy w tym jest. Wiesz już na co powinnaś być przygotowana, jak reagować, jak zapobiegać, co robić i czego używać – sytuacja nie jest więc tak bardzo „nowa” jak przy pierwszym dziecku. Maluch nadal potrafi zaskoczyć, bo podobno każde dziecko jest inne, ale mam wrażenie że takie zaskoczenie łatwiej bierze się już na klatę 😉

Również pod kątem wyprawki dla malucha podchodzimy do sprawy inaczej niż przy pierwszym dziecku. Może nie wszyscy, ale ja tak podeszłam – dokładnie przeanalizowałam które momenty z Wiki były dla mnie trudne, co sprawiało kłopot, czego zabrakło i co było zbędne. Wyciągnęłam z tego wnioski i wdrożyłam w życie naszej rodziny ulepszony plan. Niektórych rzeczy się pozbyłam, inne kupiłam, o jeszcze innych zapomniałam i dzięki temu te trzy pierwsze miesiące były naprawdę bezproblemowe dla mnie i dla całej naszej rodziny.

Co zatem zrobiłam?

  • Przy Wiki miałam tony ubranek – serio tony! Różne kolory, wzory, warunki prania, ryzyko farbowania, temperatury prasowania itd. Jednym słowem – chciałam mieć wszystko w szafie małej księżniczki. Przed narodzinami Neli zrobiłam w ubrankowych zapasach totalną rewolucję – dużo rzeczy wydałam, sprzedałam, część dokupiłam. Zostały tylko rzeczy bawełniane, w jasnych kolorach i raczej pasujące do siebie – czyt. same białe, szare i różowe bodziaki, kilka par stonowanych spodenek, białe skarpetki 🙂 To naprawdę ułatwia życie. Piorę wszystko w czasie jednego prania, prasuję w jednej temperaturze, a nawet jak mój mąż ubiera dziecko, to z zasady wszystko do siebie pasuje…. a różnie bywało przy Wiki 😉
  • Przejrzałam stare gryzaki, zabawki – i tu znowu sporą część wydałam, sprzedałam, a uszkodzone rzeczy wyrzuciłam. Zostało to, czym naprawdę maluch w pierwszych miesiącach życia lubi się „bawić”.
  • Zainwestowałam lub w ramach prezentów poprosiłam o sprzęty, których mi przy Wiki brakowało i powiem Wam, że przy Neli naprawdę mistrzowsko zdały egzamin! Co było na liście?
    • bujaczek Tiny Love – nie miałam takiego cuda przy Wiki. W ciągu dnia leżała w salonie w wózku, bo bardzo mi zależało, żeby od początku swoich dni wiedziała, że łóżeczko służy do spania – nie wieszałam w nim zabawek, nie chciałam żeby myliła dzień z nocą itd. Zatem jej centrum rozrywki był właśnie wózek. Na początku było to super rozwiązanie – wózek stał w salonie, mogłam go wszędzie postawić itd. Z każdym tygodniem jednak przeszkadzał mi coraz bardziej – bo duży, bo jesienią koła brudne, bo dziecko chce w nim siadać itd. Brakowało mi czegoś lekkiego, małego i czegoś co starczy na więcej nie kilka pierwszych dni życia. Tak się złożyło, że kiedy urodziła się Wiki, to mojej przyjaciółce również urodziła się córeczka – dziewczyny „dorastały” razem, a my podglądałyśmy u siebie różne rozwiązania. I ja podejrzałam właśnie ten bujaczek! 🙂 Produkt jest wielofunkcyjny, przez co spełnia swoje zadanie na przestrzeni wielu miesięcy – na początku jest kołyską, potem można podnieść plecki wyżej, może grać, ale nie musi, można przyczepić zabawki, może wibrować, ale nie musi. No normalnie – bujaczek orkiestra 🙂 Ale to co ważne – przy Wiki miałam jakiś inny bujaczek i to co mi w nim przeszkadzało, to fakt że dziecko leżało tam zgięte w fasolkę. W czasie pierwszych miesięcy, kiedy maluch powinien leżeć na płasko mogło to być dość szkodliwe. W Tiny Love tego problemu nie ma, bo jedna z funkcji to właśnie funkcja kołyski, gdzie jej spód jest całkowicie płaski – dziecko może w niem spędzać wiele godzin, a nawet spać bez szkody dla kręgosłupa czy odpowiedniego oddychania. Serio polecam bardzo! 🙂

 

 

 

    • łóżeczko/ dostawka Chicco Next2Me – to kolejny hit absolutny, którego przy Wiki mi zabrakło. Wiemy jak ważna jest bliskość mamy w pierwszych tygodniach życia. Maluszek chce być przy nas, czuć nasz zapach, ciepło. O tym, że zwolennikiem spania z niemowlakiem nie jestem pisałam już kiedyś – nie lubiłam sama, ale jak ktoś lubi to nie neguję i nic mi do tego 😉 Natomiast przy tym łóżeczku byłam gotowa na pewien kompromis – Neli była bardzo blisko mnie, bo między jej łóżeczkiem a naszym łóżkiem nie było prawie przerwy. Dodatkowo mogłam ją spokojnie pogłaskać po główce, chwycić za rączkę, bo jeden z boków można opuścić. A mimo to –  dziecko jednak ma swoją przestrzeń i ja mogę spać spokojnie. Nie boję się, że ją zgniotę, przykryję swoja kołdrą, uszkodzę itd – a naprawdę bałam się tego mając wizję spania z maluchem. Nie przyzwyczajam tez dziecka do spania z rodzicami – a bardzo nie chciałam do tego przyzwyczaić i zależało mi na tym, aby moje dzieci spały w swoich łóżeczkach. Chicco pozwala na to wszystko. Po kilku miesiącach użytkowania nadal jestem z niego bardzo zadowolona i nie widzę wad. Materacyk się nie odkształcił pod ciężarem dziecka. Tapicerka się nie odbarwiła po praniu. Łóżeczko nie stało się mniej stabilne przez przesuwanie. W dodatku jest na tyle głębokie, że posłuży nam jeszcze kilka tygodni, a w mojej małej sypialni każdy centymetr przestrzeni jest dla mnie ważny 🙂

 

 

 

    • gniazdko niemowlęce od Sleepee – tak szczerze mówiąc, to mimo iż wymieniam to jako trzecie, to zdecydowanie jest na pierwszym miejscu i będę polecać to rozwiązanie każdej mamie! Głównym zadaniem gniazdka w naszym domu było zmniejszanie przestrzeni w łóżeczku, aby Neli czuła się bezpiecznie. Gniazdko leżało w łóżeczku, na kanapie, na dywanie, na trawie, na piasku, w wózku. Zastosowań miało setki. I ja naprawdę widziałam, że to działa – Neli nie kręciła się, zasypiała spokojnie, czuła się „bezpiecznie otoczona”. Dodatkowo kiedy kładłam ją w gniazdku na łóżku, na kanapie to nie bałam się, że Wiki ją w jakiś sposób uszkodzi, bo zawsze była między nimi piankowa bariera. Prałam dziesiątki razy, suszyłam – nic się z nim nie dzieje. Dziewczyny, poważnie – to jest genialna rzecz! 🙂

 

 

 

  • Od początku dbałam o stały rytm dnia Neli – to akurat sprawdzało się już przy Wiki, więc powieliłam to rozwiązanie. Rytuały wieczorne (kąpiel, karmienie, sen), pory drzemek, sen w jednym miejscu itd są ważne szczególnie w pierwszych miesiącach życia. Wszystko to zaowocowało spokojnymi wieczorami przy Wiki, nocami przesypianymi we własnym pokoju i we własnym łóżeczku – mam nadzieję, że młodsza siostra weźmie z niej przykład 🙂 Póki co – sprawdza się i od 19.30 rozkoszuję się wolnymi wieczorami.
  • Od pierwszych dni kładłam Neli na brzuszku – przy Wiki tego nie robiłam i to był błąd. Wiki nie lubiła leżeć na brzuszku, więc jej nie zmuszałam. Neli też nie zmuszałam, wystarczyło że pokazałam jej to od samego początku i codziennie wydłużałam ten czas. Teraz Neli uwielbia leżeć na macie na brzuszku, sięgać po zabawki, turlać się z pleców na brzuszek. Dzięki temu nie ma wzmożonego napięcia mięśniowego, jest bardziej zwinna i silna.
  • Ja akurat nie musiałam tego zmieniać, ale bardzo polecam – włączyć tatę w opiekę nad dzieckiem od pierwszego dnia. Mój mąż jest ogromnie zaangażowany w życie naszych córek. Dzięki temu nie czuję się „uwiązana”, mogę wyjść do kosmetyczki, na spotkanie z koleżankami, mogę pójść na siłownię, mogę zwyczajnie odpocząć. Powiecie pewnie, że nie z każdym mężczyzną się tak da i nie każdy tak może, bo praca, bo obowiązki itd. Owszem, zgadzam się – są różne sytuacje życiowe i nie można generalizować. Ale jeżeli akurat Wasza sytuacja życiowa na to pozwala, to bardzo polecam takie równouprawnienie rodziców. Nie odsuwajcie ojca od obowiązków myśląc, że same zrobicie wszystko lepiej, sprawniej, dokładniej. Fajnie jest czuć się na równi w rodzicielstwie, wiedzieć, że możecie zaplanować coś tylko dla siebie, że możecie liczyć na drugą osobę i że nie jesteście „samotnymi matkami” – no chyba, że naprawdę jesteście, ale to już inna historia i wtedy kłaniam się Wam nisko, bo szczerze podziwiam takie kobiety i mam do nich ogromny szacunek.
  • Wdrażając powyższe włączyłam też niezwykle ważną opcję w moim mózgu czyli „spokój” – wiem, że łatwo się mówi, jeżeli nie ma się dziecka z kolkami i płaczem dzień w dzień po kilka godzin, ale szczególnie wtedy 15 minut, 3 głębokie wdechy, spacer z psem czy samotne zakupy w spożywczaku na pewno Ci pomogą.

 

A co Wam pozwala bezstresowo przechodzić przez najpiękniejszą przygodę życia jaką jest macierzyństwo? Co Wam pomogło, co zaszkodziło? Co doradzicie przyszłym mamom?

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply

7 + 1 =